O pracy w bibliotece szkolnej...


Wiele osób, które codziennie pochłaniają książki, marzą o tym, aby pracować w bibliotece. Chcą codziennie przyglądać się księgozbiorowi, polecać innym konkretne tytuły. Jednak to nie wszystkie zadania, jakie na nas czekają i które powodują, że praca w bibliotece nie zawsze jest łatwa.

Wraz ze znajomymi miałam okazję w ramach wolontariatu pracować w bibliotece szkolnej. Przez trzy lata, czyli przez całe gimnazjum, mogłam poczuć się jak prawdziwa bibliotekarka. To było bardzo miłe doświadczenie, mimo, iż poświęcało się praktycznie każdą przerwę między lekcjami. I to właśnie dzisiaj postanowiłam Wam trochę o tym opowiedzieć. Czyli o zaletach i wadach pracy w bibliotece.

Podstawowym zadaniem było po prostu wypożyczanie i oddawanie książek. Wystarczyło jedynie na karcie książki wypisać klasę i numer ucznia, a także datę. Zaś na karcie ucznia: numer inwentarzowy książki oraz datę wypożyczenia/ oddania. Proste? Oczywiście, że tak jeśli wszystko było pod ręką. Czasem karta danej książki gdzieś się wypadła i się zgubiła, więc trzeba było wypisać nową. A data... Mimo, że wypisywało się ją kilka razy dziennie, to ciągle nie można było jej zapamiętać. Dlatego kalendarz to był nasz wierny przyjaciel.

Och! Zapomniałam dodać, że była to biblioteka zarówno dla gimnazjum, jak i podstawówki. Dlatego nie trudno się domyślić, że rozmowa z pierwszakiem była przekomiczna. Bowiem zapytany o klasę i numer w dzienniku, w odpowiedzi usłyszałam numer sali, w której się uczy. 

-Do której klasy chodzisz i jaki masz numerek w dzienniku?
-32 - odpowiedział po chwili namysłu, a w jego głosie wyczuwałam strach.

 Ach! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak ja uwielbiałam początki roku szkolnego i wypisywanie kart uczniów. Niewątpliwie to było cudowne zajęcie, w szczególności, kiedy dany uczeń miał skomplikowane nazwisko. Przepisywało się je wtedy literka po literce.  I tak do końca. (Warto zaznaczyć, że w szkole było ok. 350 uczniów.)

A koniec roku był jeszcze piękniejszy.

-Do poniedziałku musisz oddać "Kubusia Puchatka". Nie zapomnij...
-Ale ja nie mam tej książki w domu. Już ją oddałem - odpowiada zirytowany. 
Nie raz myślałam o tym, aby zainwestować w jakiś dobry zabieg odmładzający. Dlaczego? A może dlatego, że dzieci często myliły mnie z nauczycielką. Wzbudzałam szacunek u siedmiolatków. :)

- Proszę Pani, chciałbym wypożyczyć tę książkę.
- Ależ oczywiście. Do której klasy chodzisz i jaki masz numerek w dzienniku?
- 32? 
Nowe książki... Największym plusem pracy w bibliotece było to, że można było sobie zarezerwować najnowsze powieści, które najpierw trzeba było opieczętować, wpisać do inwentarza, wypisać kartę książki, a następnie zabezpieczyć folią. Bułka z masłem!

O idealnie ułożonych książkach można było tylko pomarzyć. W szczególności dział lektur szkolnych oraz dział dla dzieci - istne piekiełko. To właśnie tam najczęściej przebywali uczniowie i... przekładali książki. Trzeba było pilnować porządku. W najgorszym przypadku czekało na nas układanie księgozbioru od nowa. (Przynajmniej można było wyrobić sobie mięśnie przy noszeniu tych powieści.)

Jednym zadaniem, którego praktycznie nikt nie lubił wykonywać było sprawdzenie ile dana klasa wypożyczyła książek w danym okresie czasowym.

Jak widać praca w bibliotece szkolnej jest w 100% wyjątkowa, o której nigdy się nie zapomni. Bo w końcu jakim sposobem można zapomnieć trzech lat? Trzech lat spędzonych na rozmowach z przyjaciółmi za ladą w bibliotece. Trzech lat obserwowania siedmiolatków przy wybieraniu odpowiedniej książeczki ("Kubuś Puchatek" czy "Martynka"? - oto jest pytanie...) I mimo dość dużej ilości pracy było po prostu cudownie! 

39 komentarze